Ma griffe, Carven


Ma griffe to kolonia karna, to ścinanie białych kwiatów żyletką na akord. Ostro, metalicznie, nawet z kroplą masochizmu.
Takiego, jaki lubię. Takiego jak po przebiegnięciu paru kilometrów sprintem, kiedy następnego dnia, ból wszystkich mięśni uczy mnie anatomii. Takiego jak po przeczytaniu książki wagi ciężkiej. Te perfumy to moje wyzwanie na wiosnę. Sama je wybrałam, na urodziny. Bo życzę sobie takiego właśnie mądrego masochizmu, klasyczne umartwianie się jest zdecydowanie niszczące.

Ma griffe, carven, perfumy
Moje urodzinowe prezenty od Oli, nie pytajcie skąd ten Moose...

18 komentarzy:

  1. obraz mistrzostwo świata <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie widziałam chyba nawet tych perfum.

    OdpowiedzUsuń
  3. po opisie jednak nie moje klimaty:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są dosyć ryzykowne i trochę retro :)

      Usuń
  4. "(...)ból wszystkich mięśni uczy mnie anatomii".- świetne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Musiałabym je poznać, trudno mi określić w tej chwili czy to moje zapachy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno godne poznania, ale tak jak już mówiłam ryzykowne ;)

      Usuń
  6. Poezja- zarówno patrząc jak i czytając poczułam na plecach dreszcz niepokoju!
    Le surréalisme w najlepszym wydaniu :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, dziękuję, bardzo mi miło :)

      Usuń
  7. Obraz niesamowity ale najbardziej podoba mi się opis, bardzo ,,plastyczny". Naprawdę jestem pod wrażeniem, śledzę bloga, podoba mi się u Was bardzo. Pozdrawiam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wyglądają bardzo elegancko i wręcz monumentalnie, chciałabym na żywo obwąchać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na żywo jeszcze bardziej monumentalne ;)

      Usuń